niedziela, 29 listopada 2015

Wyprawa #3: Ze Śnieżki do Szrenicy jesienią






Szaleństwo czy pasja? A może jedno i drugie? Tak naprawdę jedno nie wyklucza drugiego, a w każdej pasji jest odrobina szaleństwa. Choć nie wszyscy tę pasję rozumieją. W takich momentach przychodzą na myśl słowa Piotra Pustelnika:


Kiedyś ktoś mnie zapytał: dlaczego chodzisz po górach? Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje:
a) na tych, którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć
b) na tych, którym się jej nie wytłumaczy

Nie minął miesiąc od mojego samotnego przejścia Karkonoszy, a już szykowałem się do drugiej takiej wyprawy. Jednak tym razem nie szedłem sam :)
Początkowo mieliśmy iść w 5 osób, ale z powodu sytuacji losowych Karolina i Wiktor nie mogli z nami iść. Wyruszyliśmy zatem w trzy osoby.
Wieczorem, dnia poprzedzającego wyjazd, przyjechał do mnie Błażej. Nocował u mnie, bo w Wałbrzychu nie ma komunikacji nocnej i dostanie się z dzielnicy do dzielnicy między godziną 23:00, a 4:00 jest niemożliwe bez samochodu lub taksówki. Położyliśmy się około 22:00. Błażej czytał Naruto na telefonie, a ja próbowałem zasnąć. Właśnie, PRÓBOWAŁEM. Nijak nie mogłem zasnąć. Często mam ten problem, kiedy wiem, że nazajutrz czeka mnie jakiś ważny dzień. Może udało mi się zdrzemnąć na godzinę, choć nie jestem pewien.
Wstaliśmy chwilę po 2:00, ubraliśmy się i poszliśmy coś zjeść. Po śniadaniu udaliśmy się na przystanek. W międzyczasie dostałem sms’a od Kamili, że już jedzie i żebyśmy wstawali. Autobus przyjechał, o dziwo, o czasie. Dosiedliśmy się do Kamili i rozpoczęła się nasza podróż

Ze Śnieżki do Szrenicy jesienią


Do Karpacza dojechaliśmy około 4:30. Na czarny szlak prowadzący na Kopę weszliśmy około 5:00. Niebo tej nocy było bezchmurne, gwiazdy świeciły w milczeniu. Noce nie były jednak tak ciepłe, jak ostatnim razem kiedy tu byłem. W powietrzu czuć było chłód nowej pory roku. Kamila jako jedyna pomyślała i wzięła ze sobą czapkę zakrywającą uszy. Błażej miał kaptur. Z braku pomysłów wyciągnąłem mały ręcznik turystyczny i założyłem go na głowę jak chustkę. Trzeba sobie jakoś radzić. Tym razem księżyc nie oświetlał szlaku, musieliśmy wspomóc się latarkami. Około 6:20 doszliśmy do rozstajów, gdzie żółty szlak ze Strzechy Akademickiej łączy się z czarnym. Po krótkiej przerwie pięliśmy się dalej czarnym szlakiem. Lada moment miało świtać.
Słońce wyłaniające się zza chmur na horyzoncie przywitało nas tuż obok górnej stacji wyciągu na Kopę. Było już po 7:00. Zatrzymaliśmy się tam na kilka(naście) minut, by uwiecznić ten moment. Dupy może nie urywał, ale jak często macie okazję podziwiać wschód słońca w górach? Podejrzewam, że niewielu z Was ma okazję podziwiać wschód słońca gdziekolwiek. Jednak możecie to zmienić, jeśli tylko chcecie. Wracając do naszej wycieczki… Do Domu Śląskiego doszliśmy około 7:40, więc trochę czasu nam zeszło na robienie zdjęć i zachwycanie się widokiem, ciszą i spokojem gór. Tam już założyliśmy wierzchnią odzież, bo trochę wiało. Skierowaliśmy się na zimową drogę na Śnieżkę, którą spokojnie szliśmy, mijając turystów schodzących z góry.








Kiedy znaleźliśmy się już na szczycie, spędziliśmy tam prawie 2 godziny. Spotkaliśmy tam również Kamila i Piotra, których serdecznie pozdrawiam. Mam nadzieję, że jeżeli nie wyruszymy gdzieś razem, to chociaż znowu spotkamy się na szlaku :) W trakcie tych dwóch godzin na Śnieżce, robiąc pierdyliard zdjęć, zrobiliśmy sobie również przerwę na mały posiłek – twardą niczym kamień mleczną czekoladę. Dałem sobie spokój po jednej kostce, Kamila też, ale Błażej zjadł całą. Niedługo później oddaliłem się szukając fajnych kadrów. W tym samym czasie Błażej nadział się na jakiś metalowy pręt, wystający z betonowego słupa, który, jak gdyby nigdy nic, leżał sobie obok ławek. Nic poważnego się nie stało, a ja usłyszałem tylko urywany krzyk i histeryczny śmiech Błażeja i Kamili. Wkrótce po tym zdarzeniu, gdy już postanowiliśmy wracać na szlak, pogoda na szczycie zmieniła się.

Znikąd pojawiła się mgła, której nie mogło rozproszyć nawet słońce. Chcąc, nie chcąc, znaleźliśmy się w jej środku. Zawiał silniejszy wiatr, lecz bardziej sprawiał wrażenie oddechu. Oddech ducha gór. Nagle poczułem, że coś się zbliża, za moimi plecami. Odwróciłem się i ujrzałem olbrzymią, czarną postać kroczącą za mną… Stała tam, na tle mgły, otoczona tęczową aureolą. Cień moich wad, słabości, prymitywnych pragnień, moich myśli. Mroczna część mnie. Mój cień.



Był to drugi raz, kiedy ujrzałem tzw. Widmo Brockenu (pierwszy raz ujrzano je na górze Brocken w górach Harz). Pierwszy raz był podczas wycieczki szkolnej na Śnieżkę w drugiej klasie liceum. Pamiętam tamtą wycieczkę jakby to było miesiąc temu, a nie 8 lat. Miałem na głowie dziwną, żółtą opaskę z serduszkiem… Szliśmy czerwonym szlakiem, mijając Schronisko nad Łomniczką. Początkowo świeciło słońce, później jednak, pnąc się wyżej szlakiem, zalała nas fala mgieł. I tak aż do szczytu Śnieżki. Tam, patrząc w stronę Czarnego Grzbietu, strona polska zalana była mgłą, za to strona czeska była skąpana w słońcu. To był bardzo fajny wypad i miło go wspominam. Pomimo tego, że Mateusz nie szedł z nami na Śnieżkę, a Karolowi i Arturowi zarekwirowano alkohol z pokoju i wylano przed ośrodkiem. Chociaż widok, który będzie mi towarzyszył do końca życia to Olek, leżący na podłodze, w połowie drogi między łazienką a łóżkiem.






Wracając do 25 września 2015…po tym rzadkim zjawisku postanowiliśmy w końcu kontynuować marsz. Była godzina 9:40 kiedy zeszliśmy do Domu Śląskiego. Zatrzymaliśmy się tam na kilkanaście minut, żeby zjeść coś solidniejszego od czekolady, czyli bułkę i kabanosy (mówię o sobie, bo nie pamiętam co jedli Kamila i Błażej). Po 10:00 spięliśmy poślady i ruszyliśmy dalej, musieliśmy nadrobić czas spędzony na Śnieżce. Nie było zimno, jednak niebo zakryły chmury, gdzieniegdzie kotłowały się też mgły. Z punktu widokowego nad Małym Stawem nie było jednak wiele widać, prawie wszystko przykryły mgły.


 

Dalsza wędrówka przebiegła bez większych przeszkód, czy „niespodziewanych zwrotów akcji”. Za Słonecznikiem pogoda się poprawiła, mgły rozproszyły i czasami nawet słońce przebijało się przez chmury. Dotarłszy do schroniska Odrodzenie na Przełęczy Karkonoskiej weszliśmy do środka i posililiśmy się. Po posiłku dopadł mnie pierwszy kryzys – byłem tak bardzo zmęczony i śpiący, że najchętniej położyłbym się na stole i poszedł spać. Wznowiliśmy więc wędrówkę i opuściliśmy Odrodzenie około 13:30. Kamila i Błażej swój pierwszy kryzys mieli tuż przed Śląskimi Kamieniami. Nic dziwnego, mnie zawsze męczy to podejście. Odpoczęliśmy trochę na skałach i zrobiliśmy sobie kilka selfie przed dalszym marszem. Na drodze ze Śląskich Kamieni rozpogodziło się jeszcze bardziej, dzięki czemu podróż stała się jeszcze przyjemniejsza.






Zimniejszy wiatr zawiał jednak nad Śnieżnymi Kotłami, w pobliżu radiowo-telewizyjnej stacji przekaźnikowej. Zawróciliśmy ze szlaku i udaliśmy się na Wielki Szyszak. Pierwszy i ostatni raz byłem tam w grudniu 2013, a podczas ostatniego przejścia Karkonoszy po prostu go minąłem i szedłem dalej. Fakt, była tabliczka, że przejście jest zabronione, ale to chyba z powodu wrzosów, które i tak już przekwitły (albo ptaków, które nie rozmnażają się jesienią). Zresztą stąpaliśmy tak, żeby niczego nie podeptać. Poza tym zdjęcie Wielkiego Stawu na bilecie wstępu do Karkonoskiego Parku też było zrobione z miejsca „poza szlakiem”. Na samym Szyszaku wiało już dość mocno, a z wiatrem przybyło też więcej chmur, które towarzyszyły nam już do końca marszu, który kontynuowaliśmy po obejrzeniu ruin pomnika Wilhelma I – cesarza Niemiec.



 

Do Szrenicy, przedostatniego przystanku na trasie, dotarliśmy około 17:40. Zjedliśmy ostatni posiłek i zeszliśmy do Szklarskiej Poręby. Zdążyliśmy akurat na ostatni pociąg do Wałbrzycha i Wrocławia. Przed przyjazdem umyłem jeszcze stopy, bo gdybym tego nie zrobił i zdjął buty w przedziale, wszyscy w wagonie by umarli. Spotkaliśmy również bardzo miłego i sympatycznego konduktora, który chyba był Czechem. W przedziale Kamila i Błażej prawie odlecieli w objęcia Morfeusza. Ja zresztą też. To naprawdę wykańczająca wycieczka. I na pewno nie ostatnia w tym roku, bo planuję powrócić na tę samą trasę i przejść ją w jeden dzień, ale w zimie. Tym samym zostanie mi tylko jedna pora roku do przejścia Karkonoszy w jeden dzień. Wiosna!



Pozdrawiamy! 
Kamila, Błażej i ja


środa, 16 września 2015

Wyprawa #2: Ze Śnieżki do Szrenicy w lecie





Od czasu mojego wyjazdu w Karkonosze dziwnie się czuję, kiedy zbierając się do spania patrzę na zegarek, który wskazuje kilkanaście minut po drugiej w nocy. Jest to dla mnie pewna abstrakcja. Abstrakcja, że dwa tygodnie temu jadłem już śniadanie o tej godzinie. I przygotowywałem się do wyjścia. Myślę sobie „teraz idę spać o 2:00, a nie tak dawno temu wstałem przed 2:00 i pojechałem w góry”. Wspominam tamtą wyprawę z uśmiechem, mimo, że byłem sam. Choć nie do końca sam, ale o tym później.

Począwszy od grudnia 2013, kiedy razem z Wiktorem przeszliśmy Karkonosze ze Śnieżki do Szrenicy, chciałem pokonać tę trasę latem, a żeby wyzwanie było większe – w jeden dzień. Lato sprzyja takim wyzwaniom, bo dni są długie. Jednak lato zbliżało się ku końcowi, ponadto minął ponad rok, a ja dalej nie przeszedłem tej trasy. Główną przeszkodą był brak chętnych, dlatego wciąż odkładałem tę wyprawę na inny dzień, tydzień, miesiąc, rok. Nie poddawałem się jednak i wciąż proponowałem nowe terminy, ostatnim był 31 sierpnia, symboliczny koniec wakacji. Nie trudno się domyślić, że znowu było brak chętnych. Pojawiła się jednak nadzieja, kiedy dwie osoby zgłosiły się na… dzień później, czyli 1 września. Zdecydowałem zatem, że pojedziemy 1 września, bo pojawiły się dwa bardzo ważne czynniki:
- przynajmniej jedna osoba była chętna
- prognoza pogody była bardzo korzystna
Wy, którzy czytacie, spróbujcie mnie zrozumieć. Nie chciałem przekładać tego wypadu nawet o jeden dzień, ponieważ od środy miało przyjść (i przyszło) załamanie pogody, a gdybyśmy przełożyli (znowu) wypad na za tydzień, to kto wie jakie wtedy pojawiłyby się przeszkody. Może byłoby zimno? I było. Może byłaby mgła i widoczność do dupy? Była. Może osoby, które mogły w pierwotnym terminie teraz by nie mogły pójść? To możliwe. Dlatego chciałem wykorzystać to, że jest pogoda i to, że chociaż jedna osoba chce iść. Niestety, z powodu pewnych „przeszkód”, te dwie osoby ostatecznie się wycofały. Zwykle pogodziłbym się z tym faktem i znowu przełożył wycieczkę na inny dzień, może nawet rok. Ale nie tym razem.

Czytaliście mój wpis o „Miejscu początku”? Jeżeli czegoś pragniemy, chcemy coś osiągnąć, coś zmienić, musimy działać TERAZ. Im dłużej się coś odwleka, tym gorzej. A ja za długo odwlekałem przejście Karkonoszy. Dlatego zdecydowałem, że pójdę sam. I nie żałuję. Żałuję tylko, że nie było nikogo, kto chciałby mi towarzyszyć i widzieć to, co ja.

Wyprawa #2: Ze Śnieżki do Szrenicy w lecie

1 września, dzień znienawidzony przez większość, jak nie wszystkich, uczniów szkół. Tego dnia wstałem przed 2:00, spakowałem ostatnie rzeczy, zrobiłem sobie śniadanie oraz racje żywnościowe na drogę. Przed 3:00 byłem już koło OSIRu. Noc była ciepła, co zapowiadało upalny dzień. Prawdopodobnie ostatni taki upalny dzień tego lata. Autobus miał być o 3:05, jednak spóźnił się około 10 minut. Jechał z Warszawy bezpośrednio do Karpacza Białego Jaru. Próbowałem się zdrzemnąć w środku, ale się nie udało. Do Karpacza dojechałem około 4:30, natomiast na czarnym szlaku na Kopę byłem już około 5:00. Noc była tak jasna, dzięki księżycowi, że nie potrzebowałem nawet latarki. Po godzinie dotarłem do rozstajów. Robiło się coraz jaśniej, niedługo będzie świtać, pomyślałem. Ruszyłem dalej, gdzie po niedługim czasie ujrzałem słońce, nieśmiało wyłaniające się na horyzoncie. Nie sądziłem, że zdążę na wschód, a tu niespodzianka! I spędziłem w tamtym miejscu prawie pół godziny. Po zrobieniu wystarczającej ilości zdjęć ruszyłem dalej.


Pod Dom Śląsku dotarłem około 7:00. Chciałem wejść do środka coś zjeść, ale drzwi były zamknięte. WTF? Ruszyłem zatem dalej na szczyt Śnieżki. Po drodze spotkałem Kasię spod Bydgoszczy, która przyjechała w Karkonosze z mężem i znajomymi, którzy zatrzymali się w Samotni. Nie była jednak nigdy na Śnieżce, więc postanowiła zdobyć ją przed wyjazdem. Weszliśmy zatem na Śnieżkę razem. Zrobiliśmy zdjęcia i zeszliśmy, choć Kasię gonił czas, więc zeszła przede mną. Dogoniłem ją przy Domu Śląskim i kontynuowaliśmy marsz czerwonym szlakiem razem. Rozdzieliliśmy się przy Spalonej Strażnicy. Kasia poszła niebieskim szlakiem przez Strzechę do Samotni, a ja kontynuowałem czerwonym szlakiem w kierunku Słonecznika, do którego dotarłem po 9:00, mijając wcześniej Kocioł Małego i Wielkiego Stawu. Pod Słonecznikiem zjadłem coś i posmarowałem się kremem przeciwsłonecznym. Chociaż mogłem posmarować też głowę, którą sobie spaliłem… Wtedy słońce już pokazywało swoją siłę. Było gorąco, na szczęście wiał wiatr, choć momentami nawet on był gorący.








Wznowiłem marsz przed 10:00 i od tej pory mijałem na szlaku wielu ludzi, głównie Czechów i Niemców, ale zdarzali się również Polacy. Około 10:30 dotarłem do Przełęczy Karkonoskiej i schroniska Odrodzenie, które wspominam bardzo miło z zimowej wyprawy. Bałem się, że zapas wody skończy mi się zanim dotrę do Szklarskiej Poręby lub nawet Szrenicy, więc zaopatrzyłem się w cztery półlitrowe butelki wody. Dużych nie mieli. Przelałem zawartość do bukłaka i ruszyłem dalej. Na szlaku jeszcze więcej Czechów. I ahoj i ahoj. Jak to powiedział Frodo „mówią ahoj, bo tęsknią za morzem” :) Przede mną było jedno z kilku ciężkich podejść na tej trasie, trasa asfaltowa z przełęczy aż do Petrovej Boudy. Na niebie w tym czasie pojawiło się więcej białych obłoczków. Około 11:40 dotarłem do Śląskich Kamieni, gdzie w ich cieniu zrobiłem sobie kolejną przerwę. To samo zrobiła wcześniej grupa Niemców, z którymi próbowałem się dogadać moim kulawym niemieckim. Byli bardzo mili i poczęstowali mnie likierem. Dobry był. Po napojeniu i posileniu się zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem dalej w kierunku Czeskich Kamieni, na które wlazłem i sobie siedziałem. Było już stamtąd widać kolejne cele mojej wyprawy – Wielki Szyszak i Śnieżne Kotły. O 12:50 ruszyłem dalej. Pomimo panującego upału, ten wietrzyk wiejący od czasu do czasu, przynoszący chłód, oraz mój niemal niekończący się zapas wody, sprawiły, że dzień był naprawdę cudowny.





Kroczyć w świetle słońca, pod błękitnym niebem, górskimi ścieżkami ponad miastami na skraju lata... Bez warkotu pojazdów, smrodu spalin, gwaru ludzkich głosów. Jedynie śpiew ptaków, szum liści na drzewach i traw targanych wiatrem. I obłoki pędzące po niebie, niczym galopujący jeźdźcy snów.


O 13:20 dotarłem do Czarciej Przełęczy, gdzie zatrzymałem się na chwilę w chatce. Po kilku minutach ruszyłem dalej czerwonym szlakiem, po kilku minutach docierając do rozdroża na Przełęczy pod Śmielcem, gdzie dostępna była tylko droga w prawo. Ostatnim razem z Wiktorem nie wybraliśmy ani drogi w prawo, ani w lewo, tylko poszliśmy na przełaj na Wielki Szyszak. Tym razem jednak postanowiłem aż tak nie łamać zasad. 



Brnąc pod górę po kamiennych płytach, niczym ogromnych schodach, trawersujących Wielki Szyszak ujrzałem tańczące na wietrze źdźbła trawy, które w powietrznym wirze poruszały się to tu, to tam. A może to wcale nie był wir powietrzny, tylko płanetnik? Albo górskie wiły, tańczące wśród wysokich traw, niewidoczne dla ludzkich oczu?
 


      Do Śnieżnych Kotłów doszedłem około 14:00, choć do samego byłego schroniska, a teraz radiowo-telewizyjnej stacji przekaźnikowej dotarłem po 20 minutach, a po kolejnych 20 minutach dotarłem do Łabskiego Szczytu – grupy skalnej, na którą też wszedłem. Tam spędziłem prawie godzinę. Położyłem się na ogrzanych słońcem kamieniach i leżałem, patrząc na niebo, chmury, czasami odwracając się w stronę szlaku i patrząc na idących ludzi. Wiatr muskał mi twarz, było tak spokojnie, nigdzie się nie spieszyłem. Prawie zasnąłem.




Nadszedł jednak czas na opuszczenie tej ostoi spokoju i kontynuowanie wędrówki. Przed 16:00 dotarłem do formacji skalnej zwanej Trzy Świnki, a niedługo później do ostatniego celu wyprawy – Szrenicy. Posiliłem się i trochę odpocząłem, bo stopy bolały mnie niemiłosiernie, po czym ruszyłem dalej. Choć gdybym został na noc, czekałoby mnie prawdziwe widowisko natury, pokaz sił przyrody – burza! Poniżej zamieszczam zdjęcie (ostatnie) autorstwa Wiktora Barona, który uchwycił nadciągającą nawałnicę z Czech. Zapraszam również do polubienia fanpage’a Photography by Wiktor Baron na facebooku.




Do Hali Szrenickiej dotarłem przed 17:00, a do Szklarskiej Poręby około 18:00. Byłem już wyczerpany, a czekała mnie jeszcze wędrówka pod górę na dworzec kolejowy. Idąc tam miałem wrażenie, że wspinam się tylko po to, żeby usiąść na dworcu i umrzeć. Bolały mnie stopy, miałem spaloną głowę, poza tym byłem ogólnie wyczerpany. Dotarłem jednak na dworzec, zjadłem coś ciepłego, wypiłem wodę i po 19:00 wsiadłem w pociąg do Wałbrzycha. Do domu dotarłem przed 22:00.


Taka wyprawa, w taki dzień, jest skrajnie wyczerpująca. Jest to jednak pozytywne wyczerpanie, dzięki któremu człowiek czuje, że żyje.