poniedziałek, 7 września 2015

Dni Wiedzy Pogańskiej 2015



Jadąc do Ponikwy na Dni Wiedzy Pogańskiej 2015 miałem wrażenie, że od ostatniego roku czas się zatrzymał. Późne lato i wczesna jesień, słońce leniwie poruszające się po niebie, dni wciąż ciepłe, choć wieczory już chłodne. Spokój małej wioski w dolinie między górami, otoczonej polami, pasącym się bydłem, a w jej centrum ośrodek Stanica nad Ponikiem. Miejsce magiczne.

Jadąc na Dni Wiedzy Pogańskiej 2015 miałem wrażenie, że nie dalej jak tydzień temu skończyły się Dni Wiedzy Pogańskiej 2014. Jednak w przeciwieństwie do zeszłego roku, tym razem nie była to podróż w nieznane. Zeszłoroczne DWP były moim pierwszy spotkaniem z ludźmi nazywającymi siebie Poganami Wrocławskimi, choć byli też wśród nich ludzie z innych stron kraju, z których część należy również do Stowarzyszenia JERA. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Ja, nowy i całkowicie obcy w nowym towarzystwie, które przeżyło już wiele wspólnych chwil, spotkań, obrzędów. Pomimo początkowego wyobcowania poznałem kilka osób, a czas spędzony na DWP 2014 wspominam z uśmiechem na twarzy. Byli i są to bowiem ludzie, których łączy wspólna wiara, duchowość, ale również ogromna pasja do tego co robią i duża wiedza na różne tematy. Od tamtego czasu spotkałem się z nimi wielokrotnie, przez co zacieśniałem więzi, które się pojawiły, choć nie ze wszystkimi od razu. Był Vetrablot lub Dziady, comiesięczne poganka, noc Walpurgii i jedno z najważniejszych świąt, Kupała.
W przeciwieństwie do zeszłego roku była to podróż do miejsca dobrze znanego, które można nazwać domem, bo przez ten krótki czas Ponikwa staje się naszym domem. W tym roku podróż na Dni Wiedzy Pogańskiej była powrotem do domu. Jechałem razem z rodzicami, zahaczając o centrum Kłodzka oraz MiniEuroland. Niebo było zachmurzone, choć słońce przebijało się często przez chmury. Dzień był dość ciepły, gorący wręcz w słońcu, jednak wraz z nadejściem nocy przyszedł chłód. Dni stawały się coraz krótsze, żniwa dobiegły końca, liście powoli spadały z drzew, w powietrzu czuć było nadchodzącą jesień.
Po dojechaniu na miejsce niektórzy byli już obecni, inni wciąż w trasie, a reszta osób dojechała kolejnego dnia. Na DWP przybili starzy znajomi sprzed roku, ale pojawiły się również nowe twarze. Wykład otwierający DWP 2015 prowadziła Agnieszka zwana Isą, a dotyczył on wojowników, jako że tematem przewodnim w tym roku byli wojownicy i bohaterowie. Agnieszka mówiła, choć był to wykład interaktywny, o tym kim jest wojownik, oraz wprowadziła pojęcia t.j. etos, etyka honoru oraz honor. Wyjaśnienie tych pojęć nie było i nie jest proste i jednoznaczne, ponieważ każda kultura inaczej do nich podchodzi. Po wykładzie był czas wolny, który można było spędzić w sposób wszelaki, np. na piciu, jedzeniu, rozmowie czy grze w bilard, który znajdował się w głównej sali ośrodka.


O 20:00 wszyscy udaliśmy się przez pola do pobliskiego lasu na tzw. Blot, czyli obrzęd ofiarny. W wewnętrznym kręgu zostali wezwani Bogowie i duchy, oraz ten, któremu dedykowaliśmy ofiarę z jedzenia i picia, czyli w tym przypadku Odyn, jednooki, wiedzący, bóg szubienic i pan wojowników. Po skończonym rytuale wszyscy wrócili do ośrodka, przed którym gospodarz przygotował ognisko z kiełbaskami, ogórkami i oscypkami. Jedliśmy, piliśmy, śmialiśmy się i nawet deszcz, który uparcie padał przez dobrą godzinę, nie był w stanie zakłócić nam imprezy. Podobno najmłodsza uczestniczka, Lili, zaprzyjaźniła się z wiatrem i przegnała deszczowe chmury :)





Tak minął pierwszy dzień.

            Kolejny dzień przywitał nas praktycznie bezchmurnym, błękitnym niebem oraz słońcem, choć mnie i moich współlokatorów, Bartka i Kostka, „przywitały” nasze budziki dzwoniące trzy razy od 8:30 do 9:00. Wstaliśmy, choć nie bez oporów. Śniadanie było w formie szwedzkiego stołu, a wszystko na nim było przepyszne. Świeży chlebek, masełko, jajka, sery, twarożek, szynki, kiełbasy, płatki z mlekiem, pomidory, ogórki, po prostu bajka. Po śniadanie Bartek i Kostek udali się na pośniadaniową siestę, ja natomiast poszedłem na dwór trochę się rozruszać.



            O 11:00 odbył się wykład Hakkena dotyczący totemizmu, wraz z przykładami totemów i ludów je tworzących, oraz oczywiście tego czym jest totem i jak go wykonać. Następnie, po krótkiej przerwie, odbyły się warsztaty z przygotowania barw i innych plemiennych symboli. Wszyscy uczestnicy na długo przed DWP zostali podzieleni na cztery plemiona – Lisy, Orły, Dziki i Niedźwiedzie – aby podczas warsztatów przygotować sztandar swojego plemienia oraz barwy, potrzebne wieczorem podczas Wiecu Wojowników, czyli walki plemion ku czci Rogatego Boga. Warsztaty trwały od 12:00 do 15:00, a prowadzącymi były Vrede i Natalia. W trakcie tych trzech godzin każde plemię tworzyło jak najlepszą flagę, czego efekty można podziwiać poniżej.









            O 15:00 odbył się wykład Pawła o roli muzyki w bitwie i przed bitwą. Jako przykłady instrumentów Paweł podał celtycki carnyx, który niesiony przez kilku lub kilkunastu wojowników musiał siać ogromny postrach podczas grania; bębny, oraz rogi. Muzyka w bitwie nie tylko zagrzewa do walki lub obniża morale przeciwników, ale również służy do wydawania rozkazów, co Paweł przedstawił na współczesnym przykładzie bitwy, podczas której jednej ze stron padła elektronika. W takiej sytuacji jedna armia wydawała rozkazy za pomocą dźwięku trąbek. Każdy zna też przykład jednego, dwóch i trzech dźwięków rogu z Pieśni Lodu i Ognia. Na koniec wykładu zostały również puszczone fragmenty dźwięków instrumentów wymienionych podczas wykładu.
            Po wykładzie Pawła odbył się warsztat maoryskiego tańca wojennego Haka, prowadzony przez Jarka. Ciężko to opisać, ale w skrócie taniec polega na sapaniu, strojeniu głupich min, podskakiwaniu i uderzaniu dłońmi o swoje ciało. Nie, to nie jest głupie. Jest świetne.





            Następnie udaliśmy się na obiadokolację, również pyszną, po czym do czasu malowania twarzy i Wiecu Wojowników mieliśmy czas wolny. Poszedłem zatem z Przemkiem do sklepu po Kinder niespodziankę. Tzn. ja kupiłem jajko, Przemek piwo. Wracając zauważyliśmy mobilizację plemion. Jeden mały dzik zaatakował nawet niedźwiedzia i wbił w niego kły!


            O 20:20, kiedy wszystkie plemiona zostały umalowane na bitwę, pojedynczo opuszczały teren ośrodka i kierowały się do lasu. My, plemię niedźwiedzi, wyszliśmy ostatni, a kiedy dotarliśmy na miejsce naszym oczom ukazał się wielki ogień, wokół niego szaman i jego pomocnicy. Wkraczaliśmy w krąg światła przy dźwiękach bębnów, rogiem sygnalizując nasze przybycie. Za ogniem zaś siedział, na drzewnym tronie, Rogaty Bóg. Wokół ognia zgromadziły się plemiona – orły, łypiące na nas z góry; dziki, chrumkające i kopiące racicami ziemię; oraz lisy, syczące i uśmiechające się chytrze. Na wstępie musieliśmy złożyć, jak inne plemiona przed nami, ofiarę Rogatemu. Potem zaczął się wiec i zmagania. Kolejni wybrańcy poszczególnych plemion stawali do konkurencji siły, celności i zwinności. Starcie plemion wygrały ostatecznie Dziki, okrywając się wieczną chwałą.
            Później nadszedł czas opowieści ku uciesze Rogatego i każde plemię opowiedziało historię o swoich przodkach. Na koniec odbyły się tańce wokół ognia w rytmie bębnów, oklasków i okrzyków. Tak zakończyła się tegoroczna Bitwa Plemion.


            Po części oficjalnej wszyscy zasiedli wokół ognia, pijąc, śmiejąc się i rozmawiając do późnej nocy. To była chłodna noc końca lata, mimo to piękna i spokojna. Księżyc pływał tej nocy w morzu chmur.






Tak minął drugi dzień.


Trzeciego dnia moi współlokatorzy wrócili chwilę przed wschodem słońca, zaspali więc na śniadanie, a ich twarze wyrażały jedynie cierpienie i rozmazane barwy wojenne. Po śniadaniu odbył się wykład Krzyśka o berserkerach w kulturze nordyckiej, choć były też przykłady innych kultur, ponieważ szał bitewny nie jest ograniczony do wikingów. Od razu po wykładzie Krzyśka miała swój wykład Vrede, opowiadając jedną z islandzkich sag, choć niekoniecznie bohaterskich i niekoniecznie w formie, jaka wam się wydaje. Po wykładzie i w czasie wolnym w ciągu całego dnia tworzyłem historię, która stała się tym wpisem, historię o Dniach Wiedzy Pogańskiej 2015.





            O 14:00 był, jak zwykle pyszny, obiad, natomiast o 15:30 Asus prowadził wykład o tzw. Reakcji Pogańskiej wśród Słowian zachodnich. Wbrew powszechnej opinii bunt nie miał głównie podłoża religijnego, ale polityczne i ustrojowe. To, co szło wraz z chrześcijaństwem to poważne zmiany systemowe, które utrudniały i pogarszały życie mieszkańców i burzyły stary porządek.


            Po wykładzie zarządziliśmy grupowe zdjęcie uczestników DWP przed ośrodkiem, ze sztandarami plemiennymi oraz tarczą wykonaną przez Darka z Black Forest Forge, którego serdecznie pozdrawiamy i polecamy. Wzór oraz napis zostały wybrane specjalnie z okazji DWP 2015. Na tarczy znajdują się cztery plemienne zwierzęta oraz symbole asatryjskie i rodzimowiercze.


            O 18:00 zaczął się turniej, który, w dużym skrócie, wygrała Beata, pokonując mężczyzn w takich konkurencjach jak strzelanie z łuku, cięcie jabłek dunem, kręciołek i cięcie jabłek dwoma ostrzami na zmianę.




            O 20:00 nastąpił moment, który jako jeden z wielu zapadł mi w pamięć na poprzednich DWP – biesiada. Jedzenie było tak pachnące i pyszne, że zwykłe słowa tego nie oddadzą. Cytując Pawła „to wszystko tutaj jest tak w chuj dobre”. Całkowicie się z tym zgadzam. Patronami biesiady były natomiast bolce :) Z kolacji zadowoleni byli zarówno wegetarianie jak i mięsożercy. Wśród dań znalazły się m.in. bigos oraz jego wersja dla wegetarian, kiełbasy, skrzydełka, kaszanki, żurek, szynki i sery, oraz masło, które chwilę wcześniej sami ubijaliśmy, niczym Słowianki z teledysku Donatana. Tutaj zdecydowanie najlepiej poszło mężczyznom, zwłaszcza Kostkowi, choć kobiety również wykazały się siłą w rękach, a Paweł siadając do maselnicy w magiczny sposób sprawił, że masło było już gotowe. Na mój gust jedzenia było jednak trochę za dużo, jednak chyba każdy wyszedł z tej biesiady przeżarty. Po biesiadzie niektórzy udali się na spoczynek, inni zostali w sali, pozostali rozpalili ognisko na zewnątrz. Lila zasnęła na kolanach Skavena.
 


Kilka słów o Lili – ma 9 lat, na DWP przyjechała z mamą. Podczas bitwy plemion wykazała się niesamowitą zwinnością oraz zawziętością, stąd otrzymała przydomek Dzika Furia. Rozmawia również z wiatrem, być może z płanetnikiem. W sobotę przeszła rytuał zaplecin, podczas którego dziewczynka została wprowadzona do kręgu kobiet. Osobiście uważam, zresztą nie ja jeden, że jest jednym z najsłodszych dzieci, jakie widziałem. Lilianna (inna, dorosła) i Mateusz zakomunikowali również tego dnia, że adoptują kotka, który przyplątał się do nich i wszędzie za nimi biegał. Fakt, był uroczy.

Tak minął trzeci dzień.

            Ostatniego dnia obudził mnie Kostek, pół godziny po rozpoczęciu śniadania. Bartka już nie było w pokoju. Tej nocy miałem tak twardy sen, że z trudem w ogóle wstałem na to śniadanie. W nocy padał deszcz, rankiem z kolei nad doliną wisiały ciemne i niskie chmury. Znowu zanosiło się na deszcz. Śniadanie konsumowało się przy dźwięcznym śmiechu klanu Szwaczek – grupy kobiet, które zawiązały ze sobą przymierze poprzedniego dnia. Tematy, które poruszały, skutecznie odstraszały każdego mężczyznę, który chciał się zbliżyć. Śniadanie jak zwykle było przepyszne, a po śniadaniu odbyło się zgromadzenie Stowarzyszenia JERA, na którym członkowie omawiali, z tego co udało mi się podsłuchać (nie specjalnie!), tegoroczne DWP oraz plany na resztę roku i rok przyszły. Nieco później wszyscy zaczęli się pakować i nastąpiły liczne pożegnania. Do czasu następnego spotkania.

Tak minął czwarty i ostatni dzień.

Dni Wiedzy Pogańskiej 2015 zostaną na długo w pamięci naszej i naszych bliskich, a czyny czterech plemion nie zostaną zapomniane.

Chwała organizatorom!
Chwała gospodarzom!
Chwała wykładowcom!
Chwała uczestnikom!


Tym samym zakończyły się Dni Wiedzy Pogańskiej 2015. Do zobaczenia za rok ;)


środa, 19 sierpnia 2015

Miejsce początku







Tam, tam nie było zegarów. Nie było godzin. To nie rzeka czasu porusza wskazówki zegara. Porusza je mechanizm. Widząc, jak się posuwają, ludzie mówią: czas mija, mija, ale zegary, które sami zrobili, oszukiwały ich. To my mijamy w czasie, myślał Hugh.




Czy mieliście kiedykolwiek wrażenie, że nie pasujecie? Do tego świata i do tej rzeczywistości.
Czy czuliście, jakbyście byli przykuci do jednego miejsca kajdanami? Jakbyście zapuścili korzenie?
Czy chcieliście się z tego wyrwać, wydostać i ruszyć… w nieznane?

Literatura fantasy, choć nie tylko, oferuje nam taką drogę ucieczki.
Ucieczki od na pozór szarej, ponurej i monotonnej rzeczywistości do świata baśni, magii i mistycyzmu. Dzięki książkom z gatunku fantasy zagłębiamy się w fantastyczne światy pełne przygód, po czym „wracamy” do naszego świata – zregenerowani, uzdrowieni. Ze świeżym spojrzeniem na otaczający nas świat. Literatura fantasy daje nam duchową regenerację, której nie znajdziemy w innych gatunkach literackich.
Nazywa się to eskapizmem.


Miejsce początku



Bohaterami powieści są Hugh – dwudziestoparolatek z nadwagą, pracujący jako kasjer w Sam’s Thrift-E-Mart, mieszkający na przedmieściach obok autostrady razem z matką, która nie dość, że jest nadopiekuńcza to w dodatku obwinia syna o to, że jej mąż zostawił ich kilka lat wcześniej – oraz Irena – dwudziestoletnia dziewczyna greckiej urody, wynajmująca mieszkanie na przedmieściach, blisko matki mieszkającej z ojczymem Ireny, który niestety nie stroni od alkoholu i przemocy wobec rodziny. Życie Hugh od ostatniej przeprowadzki wygląda tak samo każdego dnia.


Śniadanie.
Praca.
Kolacja.
Sen.
Powtórz.
Śniadanie.
Praca.


Życie Ireny nie odbiega bardzo od życia Hugh, również jest skoncentrowane na pracy, domu, pracy, domu, jednak różnicą jest to, że siedem lat wcześniej Irena znalazła „inny świat”, do którego regularnie „ucieka”. Problemem zarówno Hugh jak i Ireny jest to, że pragną się wydostać. Mają dość życia, które prowadzą, jednak coś wciąż ich zatrzymuje – strach, rodzina, brak pieniędzy.

Pewnego dnia po powrocie z pracy Hugh ma dość i przerywa rutynę, wybiegając z domu i biegnąc ile sił przed siebie, aż dociera do leśnego strumienia, gdzie pada wycieńczony i zasypia. W tym momencie życie Hugh się zmienia, choć powinienem raczej napisać – zaczyna. Trafił bowiem do krainy wieczoru, w której czas płynie inaczej, a nasze ludzkie mierzenie czasu na nic się nie zda.




Część przyjemności przebywania tutaj płynęła stąd, że mógł wsłuchać się i być posłuszny impulsom i nakazom pochodzącym z własnego wnętrza, nie zniekształconym przez zewnętrzne presje i przymus. W tej uległości pierwszy raz od czasów wczesnego dzieciństwa czuł przejaw wolności, spokój siły.




Do tej samej krainy, choć dużo wcześniej, trafiła Irena, która krocząc leśnymi ścieżkami dotarła do zapomnianej osady Tembreabrezi, w której ludzie mówią innym językiem i żyją jak w dawnych czasach – z upraw, hodowli, oraz handlu.

Nie mija dużo czasu, gdy dola łączy dwójkę bohaterów, którzy razem muszą zmierzyć się z cieniem, który zawisł nad krainą wieczoru i mieszkańcami Tembreabrezi.



Miejsce początku jest książką fantasy inną niż wszystkie, które do tej pory czytałem. Nie jest napisana jakoś wyjątkowo, przeczytanie jej nie urywa dupy i nie wykręca sutków, a czytelnik nie przenosi się do fantastycznego świata i nie staje na chwilę wielkim bohaterem. Mimo wszystko ma jednak siłę przebicia i zostaje w sercu.
Jest to książka o nas samych. Żyjących w miastach, mających obowiązki, popadających w rutynę, jednak snujących plany, marzących o przygodach i chcących się wyrwać z okowów. Powinniśmy przerwać rutynę i „uciec”, podążyć do lasu, w góry, do natury i znaleźć nasze własne miejsce początku. I wrócić odmienionymi, uzdrowionymi.




Po tamtej stronie to zegary sprawiały, że życie szło naprzód; interesy, światła uliczne, rozkład lodów, randki zakochanych, spotkania na szczycie, wojny światowe były nie do pomyślenia bez zegarów, a przecież czas zegarowy miał tyle wspólnego z czasem niezegarowym co zapałka albo pudełko wykałaczek z jodłą. Tutaj nie było sensu pytać „która godzina” – bo nic nie mogło ci odpowiedzieć, żadne słońce nie mówiło „południe” i żaden zegar nie mówił „siódma trzydzieści osiem i czterdzieści dwie sekundy”. Do ciebie należała odpowiedź i brzmiała ona „teraz”.



Ursula K. Le Guin, „Miejsce początku” – fragment.



Teraz. Teraz jest nasz czas. Czas na ruszenie z miejsca, czas na zmiany.
Nie muszą być to od razu ogromne zmiany, ale coś, co zawsze chcieliśmy osiągnąć, ale z jakichś powodów tego nie zrobiliśmy.
Chcesz się nauczyć robić zdjęcia? Czytaj poradniki, weź aparat, wyjdź z domu i ćwicz.
Chcesz zrzucić kilka kg? Zacznij zdrowy tryb życia, biegaj, chodź na siłownię.
Chcesz być silniejszy? Zacznij chodzić na siłownię, bądź aktywny.
Chcesz czytać więcej książek? Po prostu to zrób.
Chcesz iść na wycieczkę w góry? Spakuj się i ruszaj.*

*Pamiętajmy jednak, że nawet na wyprawę w niewysokie góry trzeba być przygotowanym. W zimie schodzą lawiny, w lecie lawiny błotne, potrzebne są zapasy jedzenia i wody. Nie bądźmy lekkomyślni w tym, co chcemy robić.



Nie odkładajmy niczego na jutro, na za tydzień, na za miesiąc. Im dłużej coś odwlekamy tym ciężej jest się za to zabrać. I ani się obejrzymy – będziemy starzy, miniemy w czasie.



Wczoraj miałem okazję gościć na wykładzie Alberta Kiszkurno, dowódcy drużyny wczesnośredniowiecznej Jantar, podczas III Festiwalu Tajemnic w Zamku Książ.
Tematem wykładu było „Życie w słowiańskim grodzie, czyli jak zostać dzisiaj wojem”, jednak kiedy, po małym spóźnieniu, wszedłem na salę Albert mówił o czymś o wiele ciekawszym i ważniejszym. Uważam, że jego przemowa była bardzo inspirująca i mam nadzieję, że zmieni życie choć jednej osoby z widowni.
W dużym skrócie – Albert mówił o tym, o czym w mniejszym lub większym stopniu mówi niniejszy wpis. Jeśli mamy plany czy marzenia, jeżeli chcemy coś zrobić lub coś osiągnąć – musimy zacząć teraz. Działajmy, póki jesteśmy młodzi i mamy potencjał. Nie jutro, nie za miesiąc, tylko TERAZ.

Nie bójmy się też fali krytyki i nie zniechęcajmy się śmiechem innych ludzi – to oni są słabi, a my jesteśmy silni, że coś robimy i chcemy coś zmienić.

Pozwolę sobie zacytować jeszcze słowa Dakanna z ostatniego odcinka Piątku:




Twórzcie. Cokolwiek. Fotografię, obrazy, muzykę, wlepki, mapy w CS’ie, malujcie węgielkiem portrety własnej starej. Oddajcie z siebie cokolwiek. Nie przejmujcie się szarością tego kraju i syfem, z którym trzeba mierzyć się każdego dnia. Większość z Was, tak samo jak i ja, ma jeszcze do odkrycia cały świat, czy to na drugiej półkuli, czy za granicami własnego osiedla (…)
Wymagajcie zmian od siebie. Małych, maluteńkich zmian (…)
Da się. Nawet jak wszyscy mówią, że to nie ma sensu i jest głupie. Jeżeli kiedykolwiek pozwolicie, aby ktoś sprawił, że będziecie wstydzić się swojej pasji, albo strzelcie go w mordę, albo porzućcie pasję, bo będziecie ją tylko zabijać. Jeżeli jara Was machanie mieczem świetlnym i przebieranie się za Myszkę Miki – róbcie to. Jeżeli nosicie na szyi pierścień, albo codziennie czytacie komiksy – nie przestawajcie. Zazdrość i niezrozumienie to najgorsze, co może Was spotkać.




Zrzućmy kajdany.
Ruszmy z miejsca.
Spełniajmy marzenia.
Nie później.
Nie jutro.
TERAZ.